Golden Staircase - "Złote Schody"

Droga...

{ 6:27 PM, 3 Wrzesień 2008 } { 0 komentarze } { Link }

Wtorek 26.08.08.

 

Wszystko mnie boli. Zmeczenie odczuwam wrecz na calym ciele. Nadal nie mamy pradu.

Jest juz ciemno, ale mimo to kontynuuje moj dziennik. Swiatlo swiec na cale szczescie pozwala jeszcze widziec co pisze.

 

Ostaniej nocy nie moglem spac. Budzilem sie dosc czesto, wyrywany ze snu na przemian to koszmarem o mrowczej inwazji, to z niesamowita sila zacinajacym deszczem.

W sumie dziwne, bo nigdy wczesniej ani deszcze ani inne czynniki otoczenia nie byly w stanie zaklocic mi snu. Hmm, moze to stres ma tutaj jakies znaczenie? Leje co raz czesciej i wiecej i co raz trudniej „zlapac” chocby jeden, suchy, sloneczny dzien. Samo utrzymanie Madhuvan w jako takim stanie pochlania wiekszosc naszej energii i mysli. Do tego ciagle problemy z pradem nie ulatwiaja nam zycia...a wciaz mamy tyle rzeczy do zrobienia. Co gorsza, wraz z deszczem przybywa nam zmartwien.

 

To, ze rano znowu bylismy przy turbinie, to sprawa oczywista, wiec celowo pomijam opisywanie tej czesci dnia (raczej poranka).

Przemoczeni zjedlismy sniadanie. Zaraz potem zaczelismy szykowac sie do wyjazdu do Nicoyi. Przez te kilka dni nazbieralo sie troche spraw, ktore wymagaly zalatwienia. To trzeba kupic pasze dla zwierzakow, to rure PVC no i zadzwonic do Guru Maharaja, zeby sie nie musial martwic. Od kiedy zabraklo pradu, nie ma z nami zadnego kontaktu. Musimy dac znak, ze wciaz zyjemy.

 

Aby z naszej posiadlosci dostac sie do glownej drogi (asfaltowki), najpierw trzeba „przetrwac” okolo 20 minutowa jazde, nazwijmy to, polna droga. Nielada to wyprawa, zwlaszcza teraz, gdy pora deszczowa co raz bardziej pokazuje swe pazury. Jesli twoj samochod nie ma napedu na 4 kola (4x4), powiem krotko, nie masz tu czego szukac.

 

Zamknawszy brame, ruszylismy w dol. Kreta i miejscami stroma droga, wciaz sliska i nasiaknieta deszczem, ktory padal zeszlej nocy, wymusza na kierowcy uzycia wyobrazni.

Po jakis 3 minutach jazdy, dotarlismy do miejsca, w ktorym wydawalo sie, ze drogi juz nie ma! Jeszcze 3 dni temu, najnormalniej w swiecie, mozna bylo przejechac ten odcinek. Teraz, po za ledwie 2 deszczowych dniach, jej szerokosc skurczyla sie prawie do szerokosci naszego samochodu. Spojrzelismy tylko po sobie, jak to zwyklismy juz zupelnie naturlnie robic przy takich okazjach... Teraz wyobrazni musial uzyc nie tylko kierowca, ale cala nasze trojka. Wstepne ogledziny, proba podjazdu samochodem do najgorszego odcinka. Kolejna ocena sytuacji. Jakby tak patrzec przestraszonym okiem, wyglada to tragicznie. Nawet jesli jest wystarczajace miejsce, zeby jakos przecisnac tam auto, to wciaz istnieje duze ryzyko, ze ziemia, przygnieciona ciezarem kol, zacznie sie obsuwac. 10-cio sekundowa burza mozgow, i decyzja-„Probujemy przejechac!”.




Jako, ze Gurunistha prowadzil juz wczesniej, to teraz rowniez on wskoczyl za stery. My z Babhru stalismy za krytyczny puntkem, starajac sie dac jakies wskazowki, naprowadzic kierowce na wlasciwy tor. Chwila niepewnosci, pot na czolach, zacisniete piesci. Udalo sie, nasza maszyna jest po drugiej stronie. Szybkie ogledziny „czarnego punktu” po przeprawie. Widac jak miejscami brzegi drogi ukruszyly  sie pod ciezarem kol jeszcze bardziej.  Na szczescie nie byly to  powazne zniszczenia.  Wskakujemy do auta.  Katem oka spojrzalem na twarz Gurunisthy. Byla blada i przestraszona, ale i podekscytowana calym zajsciem. W sumie nie wiele braklo, a teraz musielibysmy myslec, jak wyciagnac auto z dziury... Wzmozone dawki adrenaliny to teraz codziennosc.

 

Okey, jestesmy cali, samochod tym bardziej, wiec czas by pomyslec co zrobic z droga. O powrocie w taki sam sposob nie moze nawet byc mowy. Zbyt niebezpieczne, do tego dochodzi fakt, ze z powrotem jest „pod gorke”.

Z tylnego  siedzenia rzucilem haslo o budowie betonowej sciany w miejscu  najbardziej zagrozonym. Przedyskutowalismy pomysl, jego zalety i wady, po czym postanowilismy wdrozyc go w zycie.

Dotarlismy do Nicoyi, zalatwilismy sprawunki, zadzwonilismy do Guru Maharaja. Wiesci o turbinie, o ciagle padajacym deszczu nie przysporzyly mu powodow do radosci. Do tego nowo odkryty problem z rozplywajaca sie droga. Jednak zawsze dobrze uslyszec glos Gurudeva. Dodaje to sily, entuzjazmu i czujesz, ze jest ktos dla kogo naprawde warto znosic trudy pionierskiego zycia.

 

Jestesmy juz w drodze powrotnej. Jakies 5 km przed zjazdem na „nasza” droge, stoi nowo wybudowana ferreteria (sklep ze sprzetem i materialami budowlanymi). Parkujemy tuz przed wejsciem. Postanawiam wziac sprawy w swoje rece. Wchodze do srodka i probuje wytlumaczyc moim pociesznym hiszpanskim, czego mi trzeba. Nie wiem ile mozemy kupic „na raz” pustakow (samochod ma ograniczona pojemnosc). Dogadujemy sie ze sprzedawca (juz nas tu znaja), ze najpierw zaladujemy auto, a potem zaplacimy. Kurcze, jak latwo sie z miejscowymi dogadac. Do tego usmiech na twarzy, zyczliwosc, i poczucie ze chca ci pomoc. Zaladowalismy 30 pustakow, kupilismy jeszcze nowa lopate, cement. Zaplacilem za wszystko, a na koniec uscisnelismy dlonie z samym wlascielem. Musze dodac, ze uscisk dloni na Kostaryce, to swoisty rytual, czesc kultury i okazania szacunku. Fajnie podac komus tak szczerze„grabe”, w tym samym czasie patrzac sobie w oczy z usmiechem na twarzach.

Samochod jest niezle doladowany, wiec przynajmniej dobrze trzyma sie drogi. Skrecamy w prawo, i juz jestesmy na polnej, publicznej drodze. Tym razem, torche dluzej zajelo nam dotarcie do naszej drogi. Gurunistha zatrzymal samochod, wyskoczylem zeby zmienic przelozenie na 4x4. W sumie zanim ruszylismy z miejsca, zaczela sie mala dyskusja czy powinnismy probowac przeprawy na „druga” strone „czarnego punktu”.

Okazalo sie, ze jest wiecej za niz przeciw. Musimy przeciez rozladowac samochod, a to najlepiej byloby zrobic, wlasnie po drugiej stronie. Decyzja zapadla, ale nasz kierowca nie bardzo kwapi sie, by byc moca wykonawcza. Babhru nie wchodzi w gre. Jest na Kostaryce od zaledwie kilku dni, do tego jeszcze nie prowadzil tu samochodu.

Coz, jestem kapitanem tego statku, wiec czas wziac rowniez „ten” ster w swoje rece.

Zaczyna padac. Chlopaki stoja po drugiej stronie, wskazujac mi najlepszy z mozliwych torow, po ktorym powinienem przejechac. Czuje jak wzrasta cisnienie. Coz, nie ma wyboru, trzeba sprobowac. Puszczam powoli sprzeglo, caly czas trzymajac prawa noge na hamulcu. Nie latwo ruszyc z miejsca, gdy samochod nachylony jest pod tak duzym katem.

Adrenalina pomalu odcina myslenie, zaczyna sie szalenstwo. Jeszcze tylko pomysle o Krysznie i Balaramie i moge ruszac. Wspomnienie usmiechnietych twarzy Panow dodaje odwagi i nadziei. Ruszam z miejsca, wlaczam wycieraczki na wyzszy bieg, bo deszcz zaczyna mocniej padac. Samochod przesuwa sie powoli w gore. Co jakis czas spogladam na GN i jego sygnalizacje. „Jestes za blisko lewej strony”-krzyknal z przerazeniem. Zatrzymalem na chwile pojazd, probujac skorygowac ustawienia kol, stojac w miejscu. GN pokazuje, ze teraz powinno byc dobrze, i ruchem rak wsakzuje bym kierowal sie na niego. Tak tez robie. Przestaje myslec o zagrozeniu, i dodaje troche wiecej gazu. Samochod przyspiesza, a ja czuje moje szalenczo bijace serce.

Juuuuuhuuu, jestem na drugiej stronie! Jay Kana Rama!! 

Wyskakuje z samochodu. Wszyscy krzyczymy ze szczescia, i klepiemy sie nawzajem po plecach. Idziemy jeszcze zobaczyc jak teraz wyglada ten nieszczesny  fragment. Patrze na slady kol-dochodzi do mnie, ze bylo blisko...

Rozladowujemy ladunek, a Babhru, wciaz caly w emocjach komentuje zdarzenie.

On jest tu nowy, i ta zwariowana sytuacja to jedna z pierwszych jakie widzi, ale tez i nie ostatnia jaka zobaczy-to wiecej niz pewne.  Podekscytowany zaczyna mowic o saranagati. Przywoluje termin raksisyatiti visvasa, i tlumaczy jak wielbiciel zawsze polega na Panu, wierzac, ze On zawsze daje mu  ochrone. Gdy tylko dokonczyl ta mysl, zamilkl na chwile, po czym dodal, „Czasem ta cecha saranagati przejawia sie jako zupelne szalenstwo”...

 

Skonczylismy rozladunek, i ruszylismy w dalsza droge do Madhuvan. Postanowilismy sie rozdzielic. Zostawilismy Babhru w bazie, zeby mogl cos ugotowac. Tymczasem sami pozbieralismy narzedzia przydatne w murarce, nalalismy wody do 2 duzych zbiornikow i po chwili bylismy w drodze powrotnej do „strategicznego” miejsca.

Zaczela sie budowa betonowej sciany...



Nie jestem "gringo"!

{ 7:22 PM, 1 Wrzesień 2008 } { 0 komentarze } { Link }

Ostanio jakby troche mniej pada. A moze ja mniej ten deszcze juz zauwazam, bo w nocy ponoc przez kilka godzin niezle cedzilo. Cale szczescie, wreszcie tego nie slyszalem. Oznacza to jedno, dobrze przespana noc. Rzeczywiscie spalem niezle, pomijajac juz nawet to, ze we snie jakies oprychy probowaly mnie obrabowac. Hmm, chyba  za duzo czytalem przed snem auto-stopo-wiczowskich zapiskow Madhavendry.

 

Ranek, mimo ze ciezko bylo zwlec gnaty z materaca, byl optymistczyny, i gdzies tam w srodku czulem, ze bedzie to ciekawy dzien.

 

Sniadanie zjedlismy dzis nieco wczesniej niz zwykle, bo juz o 7 mielismy wypelnione brzuchy. Jako, ze slonce zaczelo pojawiac  sie na horyzoncie, (co zwiastowalo cieply i suchy dzionek), postanowilem dzis podzielic nieco inaczej nasza mala zaloge. Trzeba korzystac poki nie pada. Wyslalem chlopakow do plewienia ogrodka, by wreszcie mozna bylo zainstalowac folie, chroniaca nasze rosliny przed deszczem. Sam zas postanowilem ruszyc do Nicoyi pozalatwiac kilka naglacych spraw. GN nie byl zachwycony inofrmacja, ze postanawiam jechac sam. Nasz znajomy policjant, syn poprzedniego wlasciciela posiadlosci, nieraz  przestrzegal, ze samotne wyprawy moge byc czasem niebezpieczne. Ale jak tak pomyslec, to cale nasze zycie tutaj, jest samo w sobie dosc niebezpieczne. I nie trzeba tu nawet innych ludzi, by dosc szybko znalezc sie w tarapatach.

Coz wiec robic?  Pracy duzo, ludzi malo. Trzeba czasem zaryzykowac.

 

Jestesmy teraz na etapie zakladania nowego pastwiska, wiec samo przez sie, potrzebujemy odpowiednich nasion, by swiezo wyczyszczony teren, mogl wkrotce zazielenic sie soczysto zielona trawa. Przy pomocy lokalnych „pastwiskowych” autorytetow wybralismy odpowiedni gatunek, teraz tylko trzeba przywiezc nasiona.

Pozbieralem swoje rzeczy, zapakowalem do samochodu, po czym ruszylem. Mimo nocnej ulewy, droga nad ktora pracowalismy od kilku dni, wydawala sie byc nie tknieta przez zywiol. Wreszcie cos zaczyna dzialac. System drenazy  jaki uskutecznilismy na najabrdziej narazonym odcinku zdal egzamin. Ciekawe jak wyglada publiczna stokowka?

 

Miejsca, ktore juz wczesniej byly niezle nadwatlone, jeszcze bardziej pogorszyly swoj stan. Wrzucam 4x4 i zolwim tempem przemierzam blotniste bagno (bo inaczej tego odcinka nie da nazwac), slysze i czuje jak „cos” bezlitosnie obciera podwozie samochodu. Jeszcze kilkadziesiat centymetrow, i jestem juz na suchym ladzie. W sumie to dopiero poczatek prawdziwych deszczy, az strach pomyslec jak ta droga bedzie wygladala w szczytowym momencie...

 

Nie spieszac sie zbytnio, dotarlem wreszcie do asfaltowki. Stanalem na poboczu. Wysiadlem z auta by zmienic przelozenie na kola z 4x4 na 4x2. Katem oka zobaczylem jednego z miejscowych jak stoi i czeka na autobus. Widzac, ze jeszcze nie ruszylem, podszedl zwawym krokiem i zagail, czy nie jade moze w kierunku Nicoy. Z usmiechem odparlem, ze tam wlasnie zmierzam, i ze jesli chce to moge go podrzucic. No problem.

Mezczyzna zapakowal swoj bagaz do samochodu (jak sie okazalo pozniej, jakies 40 kg ryzu) i odjechalismy. Zaczela sie rozmowa. Fajnie, pomyslalem, idealny moment by popracowac na hiszpanskim. Bo co jak co, ale jezykow najlpiej uczyc sie „na zywo” J

Gdy jegomosc juz zlokalizowal skad jade, a raczej gdzie pomieszukuje, zwawo prowadzil konwersacje, wypytujac o zycie na naszej „fince” (farmie). Wielokrotnie podkreslal jej walory (co znaczyc musi, chlop bywal tam nie raz), zwlaszcza piekne widoki, przyrode i swieze powietrze. W pewnym momencie, padlo slowo „gringo”.

Zawsze myslalem, ze tym mianem „ticos” (tak siebie nazywaja kostarykanczycy), okreslaja wszystkich bialych, turystow, ktorzy przyjezdzaja na Kostaryke.  Jednak ow mily jegomosc, gdy go zapytalem jak to naprawde jest z „gringo” udzielil mi wyjasnienia.

Otoz, „gringo” to osoba z Ameryki Polnocnej, przede wszystkim z USA (z tego co sie dalo odczuc, praktycznie tylko USA). Dla pewnosci oznajmilem, ze jestem z Polski, pytajac jednoczesnie, czy dla niego to jestem czy  tez nie „gringo”. Na to pytanie, moj autostopowicz odparl blyskawicznie, jasno dajac do zrozumienia, ze NIE!

Brzmi super, nawet jesli jest to tylko polprawda, ciesze sie, ze nie jestem „gringo”. Heh, w sumie nawet nie wiem dlaczego?  Moze dlatego, ze Kostaryka, tutejsi ludzie, klimat, wszystko wydaje mi sie takie znajome, zywe, rzec moge wrecz, jak w domu. I moze to wlasnie proba utozsamienia sie z tym miejscem, napawa mnie lekiem, przed slowem „gringo”.


I nawet jesli nie jestem „gringo”, to przyznac musze, ze dla tych ludzi pozostane pewnie tylko bialym turysta, ktory ma kase (choc to nieprawda), nie musi pracowac (to juz w ogole nie prawda!!), i ktory tylko probuje nasladowac ich styl zycia.  A moze nie?


Czas pokaze, a na dzis, ciesze sie jeszcze ta mysla, ze nie jestem „gringo”, choc pewnie i tak nim jestem, hehe.

Wiem, stanowczo powinienem wiecej napisac o dzisiejszym dniu...ale to pozostawie na inna okazje.

Ide spac, bom padniety. Dobranoc.



kolejna kartka z dziennika pokladowego

{ 8:36 PM, 29 Sierpień 2008 } { 0 komentarze } { Link }

Poniedzialek 25.08.08.

 

Wlasnie mija kolejny dzien, kolejny z serii tych dlugich. Niby czas plynie szybko, ale intensywnosc jego wykorzystania daje to swoiste poczucie  nieskonczonosci.

 

Zdaje sobie sprawe z tego, ze temat pradu (a raczej jego brak) staje sie pomalu nudny, ale mimo to postanowilem napisac raz jeszcze kilka slow.

 

W sumie, tyle co skonczylismy plewienie ryzowego pola, i zaczelo padac.

Najpierw dosc delikatnie, wiec nie przejmujac sie zbytnio kontynuowalismy zajecie. Deszcze nie ustawal, co gorsze przybieral na sile, i gdy po pewnym czasie stalismy na blotnistym polu przemoknieci do suchej nitki, zarzadzilem powrot do bazy. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu blotnista sciezka wiodaca przez dzungle, dotarlismy na miejsce. Juz wtedy padalo bardzo mocno i wygladalo na to, ze deszcze z kazda minuta przybiera  na sile. 

Wzialem szybki prysznic, i korzystajac z wolnej chwili chwycilem za  japas. Minela zaledwie krotka chwila, i stalo sie cos zupelnie nie oczekiwanego.-zabraklo pradu…

 

Szybka ocena sytuacji i decyzja o wyprawie do turbiny. Zalozylem krotkie spodenki, a wokol pasa przewiazalem maczete. Ruszylismy z Gurunistha w dol zbocza. Droga byla bardzo blotnista, i co rusz grzezlismy w brazowej mazi po kostki. Po pewnym czasie postanowilismy sie rozdzielic, i jako ze bylem przygotowany do “zanurzenia”, poszedlem w kierunku “inletu”, a GN do turbiny aby “zrobic cisnienie”.

Schodzac w dol, sciezka prowadzaca do strumienia, miedzy drzewami mym oczom ukazal sie nie strumien, a rwaca, brunatna rzeka. Przyznac musze, ze jak dotad nie widzialem jeszcze tego potoku w takich rozmiarach. Dotarlszy do brzegu, przystanalem na moment, po czym wskoczylem do wody.

To malo przyjemne, gdy stoisz prawie do pasa  w zimnej, metnej wodzie, a na glowe pada deszcz. Szybko wiec zrobilem, co zrobic mialem, po czym ruszylem w dol rzeki. Spieniona woda co rusz uderzala z duzym impetem o wystajace skaly. Widok zywiolu przepelnil mnie respektem dla sil Natury. Pomyslalem przez chwile, ze chyba trzeba byc niezle szalonym, ze to wszystko jakos przetrwac. Usmiechanlem sie do siebie, z jeszcze wieksza predkoscia przeskakujac z kamienia na kamien.

Dotarlem wreszcie do turbiny, gdzie juz od dluzszej chwili siedzial GN. Odczekalismy swoje-cisnienie “wskoczylo” na  pozadany poziom, otworzylismy zawor-wszystko zdawalo sie pracowac poprawnie. Pozbieralismy rzeczy i wyruszylismy w droge powrotna. Troche staralismy sie rozmawiac, nawet zartowac z calej sytuacji, probujac tym samy rozladowac troche stres i frustracje.  

 

Przestalo nawet padac; prad byl tam gdzie byc powinien.

 

Okolo 6 po poludniu zaczela sie kolejna ulewa. Spojrzelismu znaczaco po sobie, i nawet jeden z nas ironicznie zapytal: “ciekawe kiedy znowu braknie pradu?”. Zblizala sie 7, I jako ze dzis moja kolej przygotowania kolacji dla Bostw, ruszylem w kierunku swiatynki.

Idac, dojrzalem palace sie swiatlo w opokoju Bostw. Pomyslalem wtedy, jak to fajnie, ze Panowie maja jasno, i ze caly nasz wisilek to wlasnie dla Nich. Zrobilo mi sie tak jakos jeszcze bardziej wesolo.

Ledwo zaczalem przygotowywac potrawe, gdy w jednej chwili zgaslo swiatlo. Rozesmialem sie na glos. To byl chyba taki typowo desperacki smiech-smiech przez lzy.

Mimo wszystko, postanowilem sie tym nie przejmowac, i w czasie gdy ryz stal na ogniu, zlapalem za mridange. Zaspiewalem jedna z moich ulubionych piesni, “kali kukkura kadana…” Ostatni raz spiewalem ja wspolnie z mnichami w Audarii, pare miesiecy temu. Piesn przywolala wspomnienia z porannego programu, a umysl szybko wyswietlil obraz przepieknych twarzy moich ukochanych Sri Sri Gaura Nitianandy. Skonczylem piesn, spojrzalem jeszcze w plomien palacych sie swiec…

Zycie nie konczy sie na elektrycznosci. Teraz raczej bym rzekl, bez niej sie dopiero zaczyna.



 

 



Janmastami w dzungli

{ 6:00 AM, 25 Sierpień 2008 } { 0 komentarze } { Link }

Janmastami.

Dzien zaczal sie jak zwykle w okolicach godziny 3.30 rano.

Przed pojscie spac napisalem jeszcze maila do Guru Maharaja z zapytaniem kiedy powinnismy swietowac narodziny Sri Krsny w Madhuvan. Nie bylo to do konca jasne, z tego wzgledu ze wg kalendarza dla Audarii Janmastami przypada na 23, a wg naszego na 24. Stad mala niepewnosc towrzyszaca zaraz po przebudzeniu-czy to dzis jest TEN dzien, czy moze jednak jutro. Po mangala sprawdzilem swoja poczte, gdzie wsrod roznych maili czekal na mnie ten najwazniejszy-od Guru Maharaja. Instrukcja byla jasna i klarowna-obochdzimy swieto zgodnie z czasem Audarii, tzn. dzis. Informacja o tyle wazna, ze w Janmastami Gurudev mial dac wyklad, ktory mozna zobaczyc “na zywo” za posrednictwem internetu.

 

Po porannej pujy, wydoilismy Mangale, dostajac dla Pana Kryszny 5 literkow mleka :) Nakarmilismy ja i cielaka najlepiej jak sie tylko dalo. Troche pozniej wyruszylem z nimi na pastwisko. Na pasaniu krow polaczonym z intonowaniem uplynely 2 godzinki. Naprawde lubie wtedy intonowac, bedac razem z krowami na lonie natury. Daje to sporo spokoju, i umysl jakos mniej niesforny wtedy jest.  Po “wypasaniu” postanowilem zabrac sie za 10 canto Srimad Bhagavatam,. i tak mysle zlecialo spokojnie kolejnych kilka godzin. W miedzyczasie Babhru i Gurunistha ugotowali lunch dla Sri Sri Krsna Balaramy.

Probowalismy poczestowac prasadam Mangale i Daujiego, ale jakos dziwnie nawet nie mysleli o tym by jesc burfi (?!) czy purisy. Tylko banany zostaly laskawie przyjete.

Tylko pomyslec co by nasze krowy z Audarii zrobily, widzac taki poczestunek.

 

Po lunchu, pelni sil i entuzjazmu (mimo postu, hehe), postanowilismy dokladnie wysprzatac domek, w ktorym mamy zaaranzowana mala swiatynke i kuchnie. Do prawdy bylo czuc nastroj zaabsorbowania seva, jak przy sprzataniu swiatyni Gundica. Kazdy dal z siebie wszystko, by w jakis sposob moc bardziej umilic ten dzien Bostwom.

 

Po sprzataniu, szybki prysznic, i okolo 5 po poludniu zabralem sie za jeszcze jedna tego dnia puje, tym razem pelna. (normalnie, kazdego ranka robimy tylko “manasik”). Byl wiec abishek-kapalismy Panow w mleku i jogurcie, a zaraz potem  malowanie Panow. Gurunistha wraz z Babhru spiewali w tym czasie delikatny  lagodny bhajan, ktory pod koniec przeksztalcil sie w calkiem zywiolowe inotnowanie maha-mantry na jedna melodie. A ze puja to mniej wiecej 2 godziny, to…



 

W miedzyczasie zaczela padac-lalo wrecz niemilosiernie. Im blizej bylo godziny 9.30, tym bardziej rosla obawa, ze nie bedzie nam dane poogladac na zywo wykladu z Audarii. (nasz internet ma niestety ta wade, ze jak pada, badz jest pochmurno wtedy nie dziala…)

Jednak jakims cudem, w okolicach godziny  “zero”, troche deszcz zelzal, i internet dzialal. Podlaczylismy sie do pozostalych osob ogladajaych Guru Maharaja on-line. I wszystko chyba bylo by cudnie, gdy nie to, ze po chyba 5 minutach najzwyczajniej w swiecie, zabraklo pradu. Spojrzelismy tylko po sobie, po czym Gurunistha irocznie skomentowal “self-sufficiency ki jay…”.  Mimo malej frustracji, szybko udalismy sie zobaczyc co moze byc na rzeczy. Inwerter, w miejscu “zasilanie” pokazywal czerwone swiatelko. Znaczy to tylko jedno-brak cisnienia przy turbinie-tu przyczyny moga byc juz rozne… W pierwszej chwili Gurunistha myslal, zeby isc w kierunku rzeki, do “inletu” i przywrocic zasilanie. Analizujac jednak sytuacje szybko odradzilem mu ta wycieczke.

Ciemno, nic nie widac. Oslabieni calodziennym postem, do tego koniecznosc wejsc do rwacej rzeki…zla kombinacja.

 

Nie ma pradu-od tego swiat sie jeszcze nie zawalil. Zabralismy nasze latarki, i ruszylismy do swiatynki. Tam odpalilismy swieczki, i zabralismy sie za gotowanie.

Po ofiarowaniu przyjelismy prasadam. Ze wzgeldu na zaistniala sytuacje nergetyczna, postanowilismy przerwac post troche wczesniej niz sie powinno. Bylo skromnie-salatka owocowo-jogurtowa, i caranamrita. Zaraz potem udalismy sie na spoczynek, majac na uwadze ciezki poranek, jaki nas czeka…

 

Jak sie domyslacie, poranek to podroz w dol do rzeki, zimna rwaca woda, naprawianie malych uszkodzen…

 

Ale i tak, zycie jest piekne!! :)



W kierunku samowystarczalnosci-krotki filmik z Kostaryki

{ 12:40 PM, 23 Sierpień 2008 } { 2 komentarze } { Link }
Samowystarczalnosc to pasjonujacy temat, o ktorym chcialbym troche napisac nastepnym razem. Teraz, wizualna porcja wrazen z prob bycia samowystarczalnym :)

Znajdź więcej podobnych plików wideo na Gaura Bhakta


Blyskawica i prad

{ 5:37 PM, 22 Sierpień 2008 } { 0 komentarze } { Link }
Przez prawie tydzien nie mielismy pradu...Pora deszczowa co raz bardziej zaczyna byc widoczna, a wraz z nia blyskawice, ktore czesciej teraz przeszywaja kostarykanskie niebo. I wlasnie tak sie zdarzylo, ze jedna z blyskawic, niosaca spory ladunek elektryczny, uderzyla gdzies w okolicy strumienia. To byla chwila, przeszywajacy dzwiek, i wszystko co elektryczna energia napedzane, zamarlo w jedej sekundzie.

Przez jakies 15 minut dalismy sobie spokoj z wychodzeniem na zewnatrz, co tu mowic o probach przywrocenia elektrycznosci. No ale, po jakims czasie postanowilem udac sie tam, gdzie znajduje sie nasze centrum energii elektrycznej. Wlacznik inwertera byl w pozycji "off" czyli wszystko po przesunieciu wlacznika na "on" powinno zadzialac. Tak sie jednak nie stalo. W momencie gdy przesunalem wajhe na "on" uslszyalem dziwny dzwiek polaczony z efektem swietlnym, no a po tym wszystkim jeszcze nieciekawy, przyaplonego plastiku  zapach. Ups, dobrze ze jeszcze stoje, i spiecie nie siegnelo mojej reki... Postanowilem sprobowac raz jeszcze, tym razem beda bardziej ostroznym. Nie bylo "fajerwerkow", ale za to maszyna nie dawala odpowiedniego odczytu. Brak zielonej lampki, oznaczal wyrok-brak pradu...

Nastepnego ranka, wyruszylismy z laptomem do Nicoyi, i "pozyczajac" bezprzewodowy sygnal internetowy ze stacji diagnostycznej, zadzwonilismy zasiegnac pomocy technicznej u fachowcow od inwertera. Polaczenie udalo sie nawiazac w miare sprawnie, i zaraz po chwili wiedzielismy ze potrzebujemy nowe czesci, ktore jakos musza z USA dotrzec do naszej dzungli. Szczescie w nieszczesciu, jedna osoba z Audarii i tak miala tu przyleciec w nastepnym tygodniu, wiec szybko zamowilismy czesci na adres Audarii.

Tydzien bez pradu. Na prawde fajne doswiadczenie, duzo wiecej czasu, zwlaszcza na te  najwazniejsze
sprawy, czytanie, intonowanie...



Jak tylko Babhru (tak sie nazywa nasz nowy zalogant) dotarl, czym predzej wraz z Gurunistha zabralismy sie za naprawianie usterki. Zaczelismy od przeczytania instrukcji jak to zrobic, i nie powiem ubaw byl niezly, bo jej autorzy mieli niezle poczucie humoru, wstawiajac teksty o "staniu nago w misce pelnej blota, w czasie demontazu i instalacji czesci" (chodzi o rozladowanie napiecia elektrostatycznego, ktore moze spowodowac zepsucie czulego, elektronicznego sprzetu).

Nie ma co ukrywac, wnetrze inwertera wyglada dokladnie jak wnetrze stacjonarnego komputera, wiec mielismy troche watpliwosci czy aby czegos nie zniszczymy. Ale suma sumaru udalo sie, i co ciekawe, wszystko pracuje lepiej niz przed nieszczesnym piorunem. Wyglada na to, ze inwerter mial jakis feler juz przy zakupie, ktorego wczesniej nie bylismy w stanie zdiagnozowac, co mowic o jego wyeliminowaniu.

Po raz kolejny zespolowa praca przyniosla super efekt! Team work rulezz!!



"Dzien z Wiecznosci" krotki filmik o naszym kostarykanskim zyciu!

{ 8:58 AM, 18 Lipiec 2008 } { 3 komentarze } { Link }


atak "obcych"

{ 6:51 PM, 7 Lipiec 2008 } { 0 komentarze } { Link }
Wczoraj byla niedziela. Czas blogiej ciszy, kiedy to nie slychac zadnych szlifierek i temu podobnych, ktore uzywaja robotnicy przez bite 6 dni w tygodniu.

Bylo akurat okolo poludnia, siedzielismy sobie z Gurunistha na tarasie i wcinalismy obiad. Zblizal sie czas dokladki, gdy moj finski kompan spojrzal w moim kierunku, i zdawalo sie ze zobaczyl cos za moimi plecami. Uslyszalem tylko jak okazal swe przerazenie mowiac cos po finsku. Gdy obejrzalem sie za siebie,  mym oczom ukazala sie  dosc
niecodzienna sytuacja. Jedna ze scian zdawala sie byc pokryta przynajmniej w polowie tysiacami czarnych mrowek! Nie zastanawiajac sie dlugo, poderwalismy sie z krzesel i zaczelismy akcje coby nie dopuscic do opanowania domku przez mrowki. Najpierw poszla w ruch miotla, one wydawaly sie niewiele wzruszone jej obecnoscia, wiec w miedzyczasie pobieglem po spryskiwacz i "zmontowalem" specjalny roztwor ktory powinien je skutecznie odstraszyc. Gdy bylem juz z powrotem, praktycznie wszystkie 4 sciany z zwenatrz byle pokryte tymi gadzinami. Roztwor okazal sie byc strzalem w dziesiatke, powdujac odwrot wroga. Gdy myslelismy ze juz po wszystkim, postanowilismy wejsc na chwile do srodka, a tam, naszym oczom ukazal sie obraz podobny do tego na zewnatrz budynku...mrowki zaczelu opanowywac jedna z scian. Znowu szybka akcja...trwalo to wszystko dobre 2 h, lacznie ze sprzataniem mieszkania po calej akcji...
A dziwne jest to, ze to nie pierwszy przypadek, bo za mojej kadencji tutaj juz drugi. I co ciekawe zawsze dzieje sie to po duuuzych ulewach, i zawsze z mrowkami pojawiaja sie skorpiony...brrrrr
2 fotki skorpionow ( na mrowki nie bylo czasu zapodac obiektywu...)







male kostarykanskie co nie co

{ 7:41 AM, 6 Lipiec 2008 } { 0 komentarze } { Link }
Mialem bardzo ambitny cel: pisac wiecej i czesciej. Chcialem zaczac od poczatku, od podrozy na Kostaryke, ale niestety czas pozbawil mnie zludzen, (przynajmniej na ten czas) ze bede mogl zrealizowac zamierzony cel...

Wiec poki co mam chwilke, wiec postaram sie wreszcie co nieco co  napisac o moim zyciu na Kostaryce...

Od prawie tygodnia jestesmy juz tu tylko we dwoch (wczesniej byla nas czworka). Wiec wszystko teraz jest na naszych glowach, a zajec i myslenia co dalej nie brakuje, w to mozecie wierzyc! Kazdy dzien to cos nowego, i tak naprawde nigdy nie wiesz czego sie spodziewac nastepnego ranka. Jak chociazby dzisiaj, bylismy w trakcie naszego porannego mnisiego zycia, az tu nagle pradu zabraklo... Gdy sie troche zaczelo robic jasniej, wzialem ze soba maczete (tak przy okazji to maczeta tutaj to czesc stroju ludowego:)) i nie zastanawiajac sie dluzej pomaszerowalem w dol zbocza, w kierunku potoku. Nie wiem czy pisalem o tym wczesniej czy nie, ale prad w Madhuvan mamy dzieki turbinie wodnej, zainstalowanej na pobliskiej rzeczce. Stad tez ma poranna piesza pielgrzymka do turbiny. Postanowilem najpierw odwiedzic miejsce, gdzie woda wpada do rur, i dalej pedzi w dol, nabierajac predkosci i odpowiedniego cisnienia, znajduje swe ujscie wylatujac po drugiej stronie turbiny. Wlot wody zwyklismy nazywac "inletem".


przy inlecie...tego dnia robilismy maly upgred

Pierwsze co sprawdzilem to czy nie jest on zatkany, co moglo oczywiscie w nastepstwie spowodowac brak stalego doplywu wody, tym samym spadek cisnienia. Wszystko wydawalo sie byc w porzadku, wiec ruszylem w dol rzeki, a prowadzony jej nurtem dotarlem do turbiny.

turbina

 Cisnienie bylo zerowe, turbina stala w miesjcu. Dziwna sprawa, pomyslalem. Zakrecilem glowny zawor, po czym otworzylem boczny, awaryjny by sprawdzic co mamy teraz w rurach. Jako pierwsza zaczela wyplywac brunatna, blotnista woda, co dalo mi do myslenia. Poczekalem okolo 10 minut, by sprawdzic czy cisnienia zacznie wzrastac. Po tym czasie, nie bylo prawie  zadnych zmian...wiec postanowilem wrocic do inletu, by dokladnie przyjrzec sie co jest na rzeczy. Gdy dotarlem, dokonalem gruntownej analziy sytuacji, i jak sie okazalo nie bylo az tak czysto i wpasniale jak sie wydawalo na pierwszy rzut oka. Poczyscilem sita zagradzajce droge lisiom i innym temu podobnym elementom, po czym zamontowalem inlet we wlasciwej pozycji. Kolejny szybki marsz w dol spienionej rzeki,  rzut oka na cisnieniomierz-25!!-juuuuhhuuuu!!-odkrecam zawor, turbina zaczyna sie krecic jak szalona! I o to chodzilo. Pewnie wszystko bedzie oki, az do nastepnej deszczowej nocy. W ostatnia noc lalo niemilosiernie przez dobre 6 godzin, i znajac zycie i tutejsze warunki rzeka musiala byc totalnie brazowa, wiec pewnie to bylo glownym powodem problemow z turbina...dobra tyle o turbinie, hehe...


po drodze do turbiny mala kapiel w naturalnym jacuzzi...




pozary w Kalifornii...

{ 4:33 PM, 26 Czerwiec 2008 } { 1 komentarze } { Link }
od prawie 2 tygodnie jestem na Kostaryce, a praktycznie od wczoraj mam dostep do internetu... przez te 2 tygodnie sporo sie tu wydarzylo i jest o czym pisac, bo tak dynamicznego i ciagle zmieniajacego sie zycia to chyba jeszcze nie doswiadczalem...
i pewnie napisalbym dzis cos wiecej o tym, gdyby nie pozary w Kalifornii. Jakies 4 dni temu dowiedzielismy sie, ze jeden z pozarow zmierza do Audarii-przerazajaca to wiadomosc, niczego dobrego nie wrozaca.
Cala zaloga Madhuvan (CR) chodzila smetna, zlaczona w myslach z nasza Audaryjska Bracia, dzielnie walczaca z zywilolem. Wszyscy bylismy zli, ze nie mozemy teraz tam byc, by pomoc w ratowaniu tego co sie da.
 Momentami sytuacja wyglada naprawde tragicznie, a ciagle zmieniajace sie strazackie raporty nie wrozyly niczego dobrego. Mnisia zaloga postanowila zostac na polu bitwy tak dlugo jak tylko sie da. Przyjachaly dodatkowe osoby do pomocy, jakas meksykanska rodzina zaoferowala swa bezinteresowna pomoc, i tak wspolnie pracowali przy karczowaniu drzew w okolicach budynkow, oczyszczaniu terenu. Ktos ni stad ni z owad zaoferowal sie ze pomoze przy ewakuacji krowek. Dosc niezwykle, jak ludzie w ciezkich chwilach potrafia bezinteresownie pomgac sobie nawzajem.

Dzis mielismy tez mala video-konferencje, wiec mozna bylo na zywo podziwiac naszych Bohaterow, widziec ich zmeczenie ale i duzy entuzjazm.

Najnowsze progonozy wskazuja ze wszystko powinno zostac ocalone, ogien pomalu sie cofa, i zdaje sie ze nie zdola przekroczyc rzeki-ktora stanowi juz ostatnia przeszkode na drodze do Audarii.



Kostaryko-nadchodze!!

{ 6:18 AM, 12 Czerwiec 2008 } { 0 komentarze } { Link }
jakies 2 tygodnie temu czesc naszej mnisiej zalogi wyruszyla na Kostaryke. (Nie pisalem chyba o tym wczesniej, ale wlasnie na Kostaryce ma powstac nasz nowy klasztor-w srodku dzungli). Wiedzialem, ze mniej wiecej w grudniu rowniez i ja mialbym sie tam udac, by pomoc w budowie klasztoru. Ale...to mialo byc w grudniu. Jednak, mnisie zycie zawsze niesie ze soba niespodzianki, czasem nawet trudno przewidziec co moze zdarzyc sie nastepnego ranka.
W poniedzialek zadzwonil telefon. Odebral Nitay, no i z tego co sie zorientowalem, Swami (nasz nauczyciel-m.in. on jest teraz na Kostaryce) chcial rozmawiac ze mna, a jako ze byla to pora sniadania, to umowili sie ze zadzwoni za 10 minut.  Poszedlem wiec do "biura" by tam poczekac na rozmowe. Po chwili telefon zaczal dzwonic. Odebralem czym predzej. Nie kryjac podekscytowania jakie mozna bylo wyczuc w moim glosie, przywitalem radosnie Swamiego. No i tak sie zaczela okolo 5 minutowa rozmowa, w ktorej to uslyszalem, ze musze przyleciec na Kostaryke! Zapytalem kiedy? Radosny glos ze sluchawki rzekl: "AS soon as possible!!" Podekscytowanie siegnelo zenitu! Lece na Kostaryke, pomoc przy ustanowieniu tam naszego nowego klasztoru! Tam praktycznie nic nie ma jeszcze, wiec w duzym stopniu bedzie to praca od podstaw. I wszystko bedziemy chcieli zrobic sami DIY (do it yourself), w zgodzie w przyroda na tyle ile jest to mozliwe, probujac byc samowystarczalni tak dalece jak to tylko mozlwie. Pionieryzm-juz czuje jak maly Adam Sklodowy budzi sie we mnie, hehe.
Dobra to tyle wiesci na teraz. Koncze sie pakowac. W piatek stane u bram Kostaryki.
Madhuvan-to nazwa naszego kostarykjanskiego klasztoru :)
do uslyszenia...



leckja pokory

{ 8:06 PM, 3 Czerwiec 2008 } { 3 komentarze } { Link }
Wczorajszy poranek spedzilem na sadzeniu ostatnich pomidorow jakie nam zostaly w szklarni. Pamietam, jak jeszcze nie tak dawno temu widzialem je jako male kielki, dzielnie walczace a wode, swiatlo, cieplo i uczucie naszej ogrodniczki. Wlasciwie, uczucie bylo chyba jedyna rzecza jaka zoslata im dana zupelnie za darmo, do tego z radosnym sercem.
Pamietam rowniez, jak wynosilismy do posadzenia pierwsze roslinki, i wtedy to nasza ogrodniczka wypowiedziala slowa, ktore utkwily dosc gleboko w mojej pamieci.
"Ta sa zywe istoty-powiedziala wskazujac na wszystkie rosliny w szklarni-ich cale zycie ma tylko jeden cel-sluzyc. I teraz my jestesmy ich slugami-sludzy slug". Jakze proste ale jednoczsnie glebokie stwierdzenie.
Zyjemy w klasztorze, miejscu gdzie wszystko jest  poswiecone Bogu, gdzie kazdego dnia staramy sie rozwijac w nas samych postawe sluzenia, pokory, probujemy widziec siebie jako slugi. Po uslyszeniu powyzszego, w ciagu jednej sekundy przez chwile mozna zobaczyc  co wlasciwie oznacza byc sluga. Jak dalece musi byc rozwinieta nasza pokora, by moc w koncu przyznac "Tak, to prawda. Jestem na nizszej pozycji niz roslina..."

Te rosliny urodzily sie tutaj, tutaj tez wzrastaly i tez tu oddaja wszystko, nie proszac o nic. Ich zycie, ma tylko jeden cel-sluzyc.  One nigdy, nawet przez momemnt nie pomysla o odejsciu, z Audarii, co nam, zdarza sie
nie raz.

Sluga slug.

Z umyslem pelnym takowych przemyslen, z uczuciem i szacunkiem dla tych roslin, staralem sie ulatwic ich dalsza sluzbe w Audarii...


zainspirowany komentarzem...

{ 8:12 PM, 10 Maj 2008 } { 3 komentarze } { Link }
jak pisalem juz wczesniej, nie moge wyjsc z podziwu dla TEGO Miejsca (pisze z duzych ze wzgledu na ogromny szacunek i respekt dla Audarii). Z pozoru maly klasztor, usytuowany gdzies na szczycie gory, w srodku lasu, z dala od wszystkiego. Patrzac z boku  wydawac by sie moglo-co tam moze sie ciekawego dziac, jak mozna sie w takim miejscu odnalezc, co robic, gdy w glowie caly czas szumi wodospad zycia...co dopiero mowic o zafascyniwaniu takim miejscem. A jednak-mi sie to przytrafia niemalze kazdego dnia, gdy widze jak takie miejsce-obszarowo male, gdzie mieszka tylko kilka osob, jest jak jeden wielki dynamiczny organizm, ktory pedzi z niezwykla sila i predkoscia, w sobie tylko znany sposob. Jakze niezwykle ogromny potencjal tkwi w tym Miejscu, w tych ludziach...
W nazwiazaniu do tytulu postu...w jednym z komentarzy Paulo wspomial cos o moim, ze tak powiem, gotowaniu :) Zawsze lubilem gotowac, ale od kiedy znalazlem sie tutaj, gotowanie stalo sie wrecz codziennym rytualem, gdzie wczesniej, miedzy tramwajem do pracy, i z pracy, miedzy robieniem zakupow udalo mi sie cos na szybko upichcic, mowiac krotko zeby miec sile biec na kolejny tramwaj... Teraz, wlasciwie moja specjalnosc to sniadania (obiady niestety odpadly ze wzgledu na inne zajecia :) ). Po prostu kocham gotwac sniadania dla Sri Sri Gaura Nityanandy. Od kiedy przeprowadzilismy sie do nowej swiatyni,  zaczelismy gotowac co bardziej wyszukane potrawy, wymagajce wiecej precyzji, zaanagazowania, no i podstawa-serca. Ilez frajdy odnajduje w gotowaniu indyjskich "idllii' na parze. Zanim zrobie je danego ranka, wczesniej, na  prawie dwa dni, musze przygotwac ryz, nastepnego dnia zmielic, i poczekac az odpowiednio sfermentuje. To naprawde fascynujaca sprawa, gdy mozna poswiecic sie gotowaniu w taki sposob. Nieraz sie  smiejemy, ze tu czasami jest wiecej swiadomosci gotowania, niz swiadomosci Boga...no ale akurat w tym przypadku to dobrze, gdy wiesz dla kogo gotujesz -dla Boga (o tym troche pisalem we wczesniejszych postach), i taka swiadomosci kuchenna, jest wrecz pozadana. I tak sobie tez mysle, ze rutyna nie grozi-bo zawsze starasz sie zrobic cos lepiej niz poprzednim razem, troche urozmaicic, udoskonalic przepis-gotowanie to niezwykle reatywne, wymagajace myslenia, dobrego smaku i oddania zajecie. Nawet teraz piszac ten wpis, mimo ze jest 20.33, to juz mysle co by tu ugotowac na sniadanie w poniedzialek... (bo gotuje co drugi dzien)


z ostatniej chwili...

{ 9:48 AM, 9 Maj 2008 } { 0 komentarze } { Link }
jakies 15 minut temu, nasza spolecznosc powiekszona zostala o nowa krowke :)) a stalo sie to zupelnie naturalnie-okolo godz.9.30 Nandini(Nandu) urodzila przesliczna mala krowke, ktorej imie to Rohini!!!

wiosna

{ 7:55 PM, 8 Maj 2008 } { 2 komentarze } { Link }
wydaje sie ze wreszcie ciepla, wiosenna pogoda na stale zawitala w Kalifornii. O ilez lzej zyje sie gdy za oknem nie pada deszcz. Teraz gdy troche slonce zaczyna mocniej operowac na niebosklonie, woda ktora lala sie tu hektolitrami "zima' teraz zaczyna napedzac budzace sie z zimowego letargu zycie. Rankiem slychac radosny ptakow spiew, jakies drapiezne ptaszyska zaczynaja w poblizu zakaldac rodzinke-po prostu cud wiosennej aury...bo co jak co, ale pogoda ma dosc istotny wplywa na egzystencje i samopoczucie nie tylko czlowieka.

Tak sobie myslalem ostatnio o tym, ze to juz prawie 8 miesiecy mojego nowego zycia. Zycia, ktore odkrywam na nowo, kazdego ranka, gdy wstaje, i kazdego wieczora gdy wracam po calym dniu do swojej jurty. Pamietam moje pierwsze dni, tygodnie, miesiace, gdzie nieprzywykly do mnisiego zycia nieraz chcialem wracac, wrecz uciekac z powrotem, hehe. Tak patrze w ta jeszcze dosc nieodlegla przeszlosc, i dziekuje Bogu, za to ze dal mi sile by wytrwac trudne momenty klasztornego zycia, dajac mi czas i odpowiednie bodzce, bym pomalu, stopniowo zaczal "czuc" pelna piersia tenze tryb zycia. I tak sie jakos wszystko potoczylo i toczy nadal, ze juz nie tyle ze wiem teoretycznie "tak, chce byc mnichem",, teraz teoria przeklada sie na praktyke, powodujac ze nie widze teraz innego stylu zycia. Kazdy dzien tu, w Audarii to dzien, w ktorym co raz bardziej doceniam i kocham zycie klasztorne. Na mysl przychodzi mi porownanie, ze to co na poczatku wydaje sie byc gorzkie i ciezkie do przelkniecia, z czasem staje sie slodkie, slodsze, po czym to juz tylko lejacy sie nektar...i konczac ten dzisiejszy krotki wpis, prosze Was, o wsparcie i zyczliwe spojrzenie na mnie. dziekuje



powroty...do pisania :)

{ 8:17 PM, 11 Kwiecień 2008 } { 1 komentarze } { Link }
jak tak patrze na date ostatniego wpisu, to az nie moge uwierzyc, ze od przeszlo miesiaca nic nowego sie nie pojawilo... przyznam szczerze musialem az przeczytac o czym pisalem 2 marca, i widze ze byla mowa o "malym" maratonie. I w sumie slowo "maly" jak najbardziej odzwierciedla intensywnosc TAMTEGO maratonu, a to dlatego, ze wtedy jeszcze wszystko bylo przed nami...
21 marca mialo nastapic otwarcie nowo wybudowanej swiatyni, swiatyni wyroslej jak z pod ziemi, "posrodku niczego". Aby zdazyc ze wszystkim na czas, musielismy dac z siebie wszystko, poswiecajac caly czas, wysilek, mysli, krotko mowiac wszystko-rzucajac sie w ogien maratonu, ktory trwal nieprzerwanie okolo 2 tygodni. Normalny dzien zaczynal sie okolo 5.30, gdzie spotykalismy sie na "placu boju", by wspolnie na nim pozostac do poznych godzin nocnych, czasem i nawet do 23-24.
Jest cos zupelnie niezwyklego w tych maratonach, kiedy cel jest jasny, wiesz dla kogo to robisz, po co, i gdy zdajesz sobie sprawe z tego, jakim jestes szczesciarzem, ze ktos zechcial cie zaangazowac w cos tak niespotykanego.

Wiem, czytajac to, mozna by powiedziec ze "ot normalna budowa, swiatynia jak swiatynia, goscie nawiedzeni, pracuja ponad swoje sily tylko by urzeczywistnic wizje jakiegos guru, etc." Gdyby to byla rzeczywiscie taka "normalna" budowa, to pewnie i sam bym tak zaczal myslec. Ale skoro tak nie mysle, co wiecej pisze o tym jak nawiedzony (gloryfikujac prace do upadlego, hehe), to musi byc to "COS" w tym wszystkim co sprawia, ze czynnosci z pozoru materialne, banalne i oczywiste takowymi nie sa.
Probujac uwaznie przesledzic nature ludzkiego dzialania, przywiazania do rezultatow swojej pracy, "jak to zrobie to co bede mial, jaka korzysc z tego odniose", mozna odniesc wrazenie praca jest "zlem koniecznym", dzieki ktoremu mozemy w nagrode zerwac "owoc" by rozkoszowac sie jego smakiem, smakiem ktory powoduje ze zaczynamy chciec wiecej i wiecej, tym samym napedzajac ta "niekonczaca sie opowiesc".  A co powiedzielibyscie na prace, ktorej owoc mimo iz slodki, nie bedzie nalezal do nas? Praca, ktorej efekt ofiarowujemy komus innemu niz my sami!

Taka wlasnie jest praca w klasztorze-uczymy sie roznych rzeczy, pracujemy od rana, to przy krowach, to przy budowie, to przy gotowaniu, to sluzba w swiatyni, to masa innych zajec wlaczajac w to medytacje, studiowanie filozofii i tym podobnych.
Uczymy sie wykonywac praca bez przywiazania do jej rezultatow. Nie znaczy to oczywiscie, ze jestesmy niedbali w tym co robimy, bo rezultat tego nas nie interesuje. Jest wrecz zupelnie odwrotnie! Wszystko jest wykonywane z niezwykla dokladnoscia, dbaloscia o szczegoly. We wszstkim musi byc zachowana harmonia i lad.
Tu powinno nasunac sie pytanie "ale dlaczego to wszystko wlasnie tak, i dla kogo to?"
Sprobuje odpowiedziec na nie, bazujac na wlasnym, dosc ograniczonym doswiadczeniu, mnicha, ktory dopiero zaczyna podroz na drodze klasztornego zycia.
Kazdy kto tu zyje, ma w sobie gleboka wiare(jedni bardziej drudzy mniej-jak w zyciu ;) ) ze nic tak naprawde nie nalezy do nas. Tu nie tylko poprzez wiare ale i praktyczne doswiadczenie mozna sie o tym przekonac. Gdy decydujesz sie na takie zycie, oddajesz wszystko-pozostajesz "nagi". I to jest jakby pierwszy krok, do zrozumienia tego glebiej. Gdy juz choc troche zaczynamy akceptowac to ze nic nie nalezy do nas, pojawia sie pytanie-"jesli nie do nas, to do kogo?". Odpowiedz przychodzi bardzo szybko do BOGA. I taka wlasnie jest atmosfera klasztoru. Uczymy sie widziec wszystko w powiazaniu z Najwyzsza Osoba-Absolutem, i to wlasnie Jemu ofiarowywac owoce naszej pracy. W naszym asramie/klasztorze, mozna podejsc do tej koncepcji jeszcze blizej, bardziej namacalnie, widzac jak filozofia, teologia, swiete ksiegi zaczynaja ZYC!
To tak jak z tym kalafiorem, z poprzedniego wpisu. Zostaly zakupione nasionka, z ktorych wykielkowala mala roslinka. Juz przy kupnie nasion mysli krazyly wokol jednego "ale wspaniale warzywo mozemy wyhodowac dla Pana". Ta sama mysl, towarzyszyla siewcy, dalej osobie ktora wyrywala chwasty wokol mlodego kalafiora, podlewala. Gdy nadszedl czas zbioru, ten ktos wyszeptal: "dziekuje ze urosles taki wspanialy dla Pana!". Po czym tak zerwany znalazl sie w kuchni. Efekt koncowy pakora na przyklad, czyli kalafior w ciescie. Ale to nie koniec drogi. Z kuchni, taki kalafior (to przyklad oczywiscie) wedruje "na oltarz", gdzie jest bezposrednio ofiarowywany Panu! Jakze pelne chwaly jest zycie takiego warzywa!
A ogrod i gotowanie to tylko przyklad, jak w praktyczny sposob mozna starac sie nie tylko rezygnowac z rezultatow pracy rak swoich, ale jeszcze je ofiarowac! Nic nie istnieje w oderwaniu od Boga-tak naprawde Jedynej Rzeczywistosci, wszystko jest z Nim doskonale powiazane-trzeba tylko znalezc odpowiedni klucz, ktory do takiego zrozumienia prowadzi.
Jest tez i druga strona tego wszystkiego, ktora daje sile, i to "COS" co sprawia ze takie dzialanie ma sens...ale  o tym innym razem.


p.s. wiem, ze co post to poruszam nowe zagadnienia, ktore wymagaja glebszego wyjasnienia-jak np. "Pan na oltarzu", ofiarowanie jedzenia, no i temat Guru (obiecane, wiem juz niedlugo napisze).  Zdaje sobie tez sprawe z tego, ze to moze wydawac sie "odjechane na maxa", ale jest w tym sporo logiki i zdrowego rozsadku :)
a teraz koncze i lece spac, bo po pracowitym dniu, w koncu trzeba odpoczac.



coraz blizej...

{ 9:15 AM, 2 Marzec 2008 } { 2 komentarze } { Link }
nawet nie wiem kiedy to sie stalo, ale juz mamy marzec :) czas "leci" jak blyskawica. Coraz blizej tez do otwarcia nowej swiatyni-projektu ktorym w sumie trwa od okolo 1,5 roku. Przez ostatnie 4 miesiace, bylismy tu praktycznie tylko we 4. I w tym czasie, taka mala "zaloga" musiala zajmowac sie wszystkim, to znaczy-przynajmniej utrzymac stan rzeczy (sprzatanie, gotowanie, krowki, i wiele innych rzeczy ktore musza byc zrobione codziennie badz przynajmniej raz w tygodniu), plus pelne zaangazowanie sil w ukonczenie swiatyni na czas. A czas jaki nam zostal do "wielkiego otwarcia" to niecale 3 tygodnie. W sumie czasu niewiele, a wciaz jeszcze trzeba sporo wysilku i czas poswiecic, by wszystko bylo w pelni funkcjonlne przed "godzina zero".
Od 5 dni mamy "maly" maraton z Gaurasundarem-czyli ukladanie podlogi w calym budynku-piekne panele bambusowe. Zwykle zaczynamy zaraz po sniadaniu, a konczymy nawet i o 21...(z malymi przerwami na lunch i kolacje). Wiec nie powiem, zeby nie bylo co robic.
W ogrodku, mimo ze tu jeszcze jest "zima" rosna nam kalafiory, brokuly, kapusta, marchew, buraki-wiec glodem nie przymieramy, poza tym, nie ma to jak gotowac uzywajac warzywek z wlasnego ogrodka.



ogromniasty kalafior :)



zycia nie da sie opowiedziec w dwoch slowach...

{ 9:21 AM, 29 Luty 2008 } { 0 komentarze } { Link }
ostatnio probowalem stanac nieco "z boku", by spojrzec nieco obiektywnie na to, co tu czasem pisze.
W pierwszym momencie, chcialem zatytulowac ten wpis "am I going crazy?", i niech moze ta wersja zostanie jako poddtytul.
Dlaczego "crazy"? Calkiem niedawno, jeden z moich dobrych znajomych, napisal mi na gg:
"Gniewko jak czytam twojego bloga to widze ze strasznie sie zmieniles wczesniej pisales po ludzku a teraz jakos dziwnie. wczesniej normalnie a teraz wszedzie widzisz tego twojego nie wiem boga guru jak by ci mózg wyprało..."
Coz, zastanawialem sie nad jakas rozsadna odpowiedzia na te dosc "ostre" slowa, i pierwsze co mi przychodzi do glowy to:
mieszkam w klasztorze-czyli miejscu, ktore od "A do Z" zadedykowane jest sluzbie Bogu i Guru. Wiem, to moze brzmiec nieco fanatycznie, sekciarsko-pewnie tez i pranie mozg przyjdzie na mysl. (Temat ten (Guru), napewno wymaga szerszego wyjasnienia, ale to  nastepnym razem). W  zwiazku z tym, trudno oczekiwac, zebym pisal o tym co sie dzieje na swiecie, jaka pogoda, badz czy mi sie zakupy udaly. I wcale nie ironizuje w tym miejscu, nie umniejszam rowniez tym wartosciom, badz rzeczom ktore sa dla innych wazne. Pisze to tylko po to, by podkreslic fakt, ze gdy mieszka sie w miejscu, zupelnie poswieconym sluzbie, w miejscu gdzie zadedykowanie i poswiecenie zycia (sluzbie) jest czyms normalnym, to ciezko jest pisac o czyms innym, niz to czego sie w takich warunkach doswiadcza, czy tez myslach, naturalnie sie tu rodzajach.
A i tak, staram sie pisac w miare zrozumiale, tak bym mogl potem i sam siebie zrozmiec ;)

Druga mysl/odpowiedz, to fakt, ze trudno jest zawrzec to co czujemy, co przezywamy, czego doswiadczamy w dwoch slowach. Wiem, mozna powiedziec, ze wystarczy jedno slowo, by okreslic zycie "MILOSC". Ale w tym samym czasie, TA Milosc rodzi roznorodnosc, dajac niesamowita przestrzen, do tego by odszukac w sobie TA Milosc, i pierwotne zrodlo tej Milosci. I to ze nawet czasem moje pocieszne tu pisanie, wydaje sie byc "jak z kosmosu", to tylko dlatego, zeby owa przestrzen, ktora tu zostaje wypelnily mysli, chwila zadumy, chec przemiany.
przepraszam jesli znowu malo konkretnie :)


droga od negatywu do pozytywu...

{ 8:26 PM, 21 Luty 2008 } { 0 komentarze } { Link }
jakis czas temu (dokladnie przedostatni wpis), wspomnialem co nieco o drodze ewolucji od "negatywu do pozytywu". Wszystko to troche enigmatycznie pewnie zabrzmialo, wiec teraz czas na rozjasnienie "o co chodzilo autorowi" ;)
Wspomnialem, ze pojawiajac sie w tym swiecie, na "dzien dobry" zaciagamy olbrzymi dlug-tak zwany "dlug karmiczny". Probujac spojrzec na to bardzo obiektywnie, wydaje sie ze nie ma wrecz najmniejszych szans na splacenie owego dlugu, co wiecej moze to tez zrodzic pewna rezygnacje, zaniechanie wszelakich wysilkow, majacych na celu wyjscie "na zero". Cale szczescie, nie zostalismy wrzucenie do tego oceanu materianlnego swiata bez "kol ratunkowych", i Ratownikow. Dzieki NIM, pojawia sie nadzieje, ze jednak cos moze sie wydarzyc, co spowoduje nasz wzrost, na poczatku od negatywu do zera, a potem, kto wie, moze uda sie wyjsc ponad "kreske".
Wiedza-jest tym "kolem ratunkowym",  dzieki ktoremu mozemy dowiedziec sie "kim jestesmy", "skad pochodzimy", "dokad zmierzamy"-to jedne z podstawowych pytan, na ktore powinnismy pragnac poznac odpowiedz. Wiedza to nie wszystko, musi byc powiazana z praktyka, wowczas nasz dlug karmiczny o ktorym juz wspomnialem, zaczyna "sie splacac", do momentu gdy dochodzim do linii zera. Co dalej?- powinno zaraz nasunac sie pytanie. Skoro "zero" to stan "szczescia" (celowo w cudzyslowie), ktore nie jest szczesciem doskonalym, dlaczego mielibysmy zostac w miejscu, z ktorego widac jeszcze cos innego, COS co przekracza wszelkie pojecie szczescia.
Aby wyjsc ponad zero, niezbedna jest BHAKTI-tlumaczone jako ODDANIE.
Bhakti jest DROGA(sadhana) oraz CELEM(sadhia). Mamy wiec wiedze, praktyke, bhakti-wydawaloby sie ze wszystko-potrzebnjemy jednak jeszcze czynnika jakim jest łaska (krpa). Mowiac po krotce, oznacza to ze w naszym czystym stanie swiadomosci, gdzie bhakti jest naszym zyciem, powietrzem, pozywieniem, woda-wszystkim, wiemy ze istnieje tylko oddanie, ktore oznacza tylko JEDNO-MILOSC.
I w tym miejscu nie mogac sie powstrzymac, zacytuje fragment z ksiazki mojego Guru-  Swamiego B.V. Tripurari (Tattva sandarbha), gdzie na wstepie podaje krotki zyciorys Srila Jivy Goswamiego (oryginalnego atutora TS)-stad tez cytowany fragment:

"

Jednak w oczach Śri Jivy można znacznie więcej powiedzieć o tym, co stanowi Wedantę estetyki. Zrozumienie siebie jako świadomych istot, to jak stanie u wrót transcendencji. Śri Jiva otwiera drzwi do życia w transcendencji, kulminującej w cyklicznym tańcu miłości (rasa) Śri Śri Radhy i Kryszny, jednoznacznym z ekstatycznym intonowaniem i tańcem Śri Caitanyi."




jest o czym pisac...

{ 8:25 PM, 18 Luty 2008 } { 1 komentarze } { Link }
niestety czas nie zawsze pozwala na codzienne, czy tez czestsze niz do tej pory wpisy...ale nie narzekam, bo i w nagromadzeniu mysli jest "cos" co pozwala owym myslom dalej ewoluowac, jedna pomaga drugiej w glebszym jej zrozumieniu.
a jest o czym pisac... to cieszy kiedy nasze zycie, nie jest tylko czasem, w ktorym mniej lub bardziej swiadomie probujemy oszukac samych siebie. Co wiecej jest czasem, ktory potrafimy wykorzystac, tak aby nie tylko stalo sie ono "neutralnym" bytem (mowiac dosc po krotce-droga eliminacji ujemnych elementow, dajacych w sumie "zero"), ale stanem, w ktorym wartosc zycia bedzie wzrastala ponad linie "zera".
Nasze zycie mozna porwnac do kredytu, dlugu ktory zaciagamy zaraz na samym poczatku u naszych rodzicow, dziadkow, przodkow, ludzkosci, Matki Ziemii, polbogow, Boga. By stac sie szczesliwymi, probujemy wyjsc na "zero". Ale czy to jest rozwiazanie? O ilez bardziej atrakcyjne jest wyjscie, gdzie osiagnawszy stan "zera" mozemy zaczac wzrastac ponad "kreske" "zera". Wiem, ze to dosc moze enigmatyczne i malo zrozumiale...ale nastepnym razem postaram sie nieco bardziej naswietlic droge ewolucji "od negatywow do pozytywow" droge duchowej ewolucji...a jest o czym pisac :)


{ Poprzednia strona } { Strona 1 z 5 } { Następna strona }

O mnie

Strona główna
Mój profil
Archiwum
Znajomi
Mój FotoBlog
Napisz do mnie
«  Styczeń 2012  »
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031 

Linki

Saragrahi
Swami B.V. Tripurari
Blog Gaura-sakti dasa
Blog-Galva.pl
Bloga Lukasza
Country-turystyka-polecam super nocelgi
Angielska wersja mojego bloga
Blog Gurunisthy

Kategorie


Ostatnie wpisy

Droga...
Nie jestem "gringo"!
kolejna kartka z dziennika pokladowego
Janmastami w dzungli
W kierunku samowystarczalnosci-krotki filmik z Kostaryki

Znajomi

Manohari
zlociutki